2016.06.22 Próba przelotu warunkowego 1000 kilometrów

Środa 22. czerwca zapowiadała się hitem pogodowym na długi przelot. Dzień wcześniej wszystko wskazywało, że będzie można zbliżyć się do zaczarowanej odległości 1000 kilometrów. Po gruntownej analizie prognoz i dostępności przestrzeni powietrznej koncentrowałem się na trasie dalej na wschód a krócej na zachód. Przeszkodą były strefy TSA 05 GOLF i FOXTROT, które były zajęte ale jak się później okazało mogłem do nich wlecieć na łączności – podziękowania dla Rafała za kontakt z wojskiem i załatwienie przepustki wlotowej 🙂

Wczesnym porankiem sprawdzam prognozy i ku zaskoczeniu ulegają znacznemu pogorszeniu. Wyjazd do Rudnik, pełne cienkie zachmurzenie od trawersu Piotrkowa Trybunalskiego i telefon od Andrzeja Czopa z informacją o popsutym gradiencie i tendencji do rozlewania. Trudno, co wyjdzie zobaczymy – dzień jest długi, Diana lata szybko i można nadrobić w lepszym oknie pogodowym fragmenty złej pogody. Optymizm pozostaje więc po szybkim zmontowaniu i kilku sztuczek w trakcie przygotowań Diany (woda, taśmy, zaciągnięcie na start, odstawienie przyczepy i auta, potwierdzenie zaplanowanej trasy, uzgodnienie z pilotem holówki czasu najwcześniejszego prawdopodobnego startu) jestem w pełni gotowy o godzinie 8.30. Startujemy około godziny 10.00 – hol na 1100 metrów nad CU o podstawach 700 metrów AGL. Po odejściu pogoda bardzo niepewna. Do Kielc CU na błękicie, do trawersu Opatowa już pod warstwowym a dalej w kierunku Sandomierza bezchmurne okno. Przed Sandomierzem mam 500 metrów i spędzam około 20 minut żeby odrobić w czymkolwiek wysokość pod pierwszymi CU z podstawami do 1000 metrów AGL tak aby dalej wejść nad Lasy Janowskie pod lepsze CU. Trudno utrzymać noszenie więc stopniowo pozbywam się całego balastu i lecę dalej na pusto. Znajome głosy ze Stalowej Woli przekazują informację o bardzo słabej termice nad lasami – 0,8 m/sek i porwanymi noszeniami. Dolatuję nad las i bez „miodu” – chmury oszukują. Lecę dalej i bardzo słabo – ratuję się po północnej stronie lotniska z 450 metrów. W kierunku zachodnim pogoda bez zmian ostatnie CU nad Sandomierzem. Czas ucieka więc podejmuję decyzję o powrocie. Żegnam przyjaciół z Turbi i lecę w „nieznane” warunki na powrocie. Przy Sandomierzu dokręcam w niemrawych noszeniach wysokość do maksymalnie 1300 metrów (wcześniej od momentu startu przemieszczałem się średnio w przedziale pomiędzy 800 do 1200 metrów maksymalnie). Po kilku połączeniach dolatuję na prawo od trasy do Gór Świętokrzyskich – po kresce jest „porozlewane”. Widzialność spada i trudno określić czy lecę właściwie. Szczęśliwie łapię komin 25 kilometrów przed Kielcami i mam dolot do Masłowa. Lecę pod cieniem od górnego pokrycia i pod starymi podstawami dokręcam w szczątkowych noszeniach. Dalej na na zachód więcej słońca i od południowego trawersu Masłowa łapię dobry komin (2 m/sek) i dokręcam do podstawy 1400 metrów. Dalej lepsze okno pogodowe, więc spokojnie przemieszczam się w kierunku Rudnik. W międzyczasie przez zestaw głośnomówiący w telefonie od Andrzeja Czopa otrzymuję informacje pogodowe potwierdzające sytuację meteo. Lecę przez chwilę po szlaku. Zapas wysokości i lepsze połączenia pozwalają dolecieć pod Kłobuck po czym zawracam lekko na północ pod kolejne dobrze ustawione CU i po doskonałości dolatuję nad lotnisko. Lot był dość wymagający, więc zaliczone 500 kilometrów w słabej pogodzie pozwoliło mi poznać taktykę lotu pustą, bardzo lekką Dianą. Dzień mimo licznych komplikacji w pogodzie uważam za udany 🙂

 

Dodaj komentarz